Assassins Creed III

Assassins Creed III - okładkaPo zaliczonym semestrze przyszła pora żeby troszkę odpocząć. Postanowiłem ukończyć kolejną część jednej z moich ulubionych serii jaką jest Assassins Creed. Chciałbym podzielić się moją opinią na temat tej gry i zahaczyć delikatnie o kolejną jej odsłonę.

Początek serii Assassins Creed wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Część pierwsza opowiadająca o przygodach syryjskiego asasyna Altaira była nowością na rynku gier. Umiejętne połączenie przez programistów Ubisoft Montreal  takich rzeczy jak otwarty świat czy styl poruszania się głównej postaci zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Pierwsza część przygód naszego zakapturzonego bohatera była niesamowicie grywalna – na dłuższą metę bardzo powtarzalna – ale dalej bardzo grywalna.

Cała seria Assassins Creed (rozumiem przez to pierwsze cztery części które ukazały się na PC oraz konsole takie jak PS3 i X360) kupiła mnie przede wszystkim jedną, moim zdaniem bardzo dobrze opracowaną rzeczą. Czymś, co dla mnie było wisienką na torcie, czekoladową masą i słodkim biszkoptem w środku. Historia którą stworzył Ubisoft porwała mnie na bardzo długie godziny. Po ukończeniu każdej z części nie mogłem doczekać się kolejnej. Revelations ukończyłem praktycznie kilka dni po premierze. Od 2012 roku prawie nie miałem styczności już z tą serią. W lecie zeszłego roku postanowiłem odświeżyć sobie serię. Korzystając z okazji kupiłem za bardzo małe pieniądze pierwsze cztery części a „trójkę” oraz Black Flag dostałem za darmo dzięki subskrypcji XBOX Live Gold. Pierwszą część udało mi się ukończyć na 100% – w kolejnych bardziej skupiłem się na części fabularnej.

Po ponownym ukończeniu pierwszych czterech odsłon „Asasyna” znowu nastąpiła dłuższa przerwa aż do teraz. Ukończenie wątku fabularnego części oznaczonej numerem III zajęło mi około 3 dni. Pierwszą rzeczą, która bardzo nie spodobała mi się w tej grze to wstęp. Haytham Kenway – postać którą zaczynamy grę w Assassins Creed III wprowadza nas w mechanikę gry. Samo rozpoczęcie gry (bez pomijania przerywników filmowych) zajęło mi około godziny – nie ma tragedii. Kolejne – już mogłoby się wydawać – „granie”, godzina po czym okazało się że Haytham wcale nie jest głównym bohaterem – jest templariuszem a głównym bohaterem jest jego syn – „wpadka” Haythama z indianką.

Znowu około godziny straciłem na poznawanie mechaniki. Doszły takie elementy jak np. polowanie. Dalej mogłoby się wydawać było już lepiej. Historia była dosyć zawiła ale nie niemożliwa do ogarnięcia (prawdopodobnie o wiele lepiej bym ją zrozumiał gdybym miał chociaż elementarną wiedzę o Wojnie Siedmioletniej oraz Rewolucji Amerykańskiej). Connor – rzeczywisty, główny bohater był bardzo naiwnym człowiekiem. Jeżeli miał to być celowy zabieg Ubisoft’u tj. wykreowanie postaci Connora w ten sposób to nie udało im się to ani trochę. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że momentami oglądam epizod „Trudnych spraw” czy serialu „Szpital”. Pewne elementy fabuły były mocno naciągane, a nieoczekiwane zbiegi okoliczności następowały niewiele rzadziej niż w 3 i 4 sezonie Prison Break.

W żaden sposób nie udało się twórcom gry zachęcić mnie do zagłębienia się w świecie przez nich stworzonym w pełni. Wątek fabularny ukończyłem wchodząc tylko cztery czy pięć punktów widokowych oraz wykonując nie więcej niż 10 zadań pobocznych.

Oliwy do ognia, a jednocześnie duży wpływ na ocenę ma zakończenie. Aby nie psuć zabawy tym, którzy jeszcze po ten tytuł nie sięgnęli nie będę go dokładnie opisywał. Wzorem z części pierwszej cyklu – chcemy pozbyć się wpływowych templariuszy. Ostatni z nich, „final boss” chciałoby się powiedzieć nie jest praktycznie żadnym wyzwaniem – nie dlatego, że walka z nim nie stanowi żadnego problemu, a dlatego, że jego eliminacji dokonuje gra poprzez cutscenkę. Ograniczamy się jedynie do pościgu za nim – resztę robi za nas odpowiednio zrobiony przerywnik filmowy.

Moje pierwsze jak i ostatnie wrażenie po ukończeniu gry jest jedno – ogranicza się ona do trzymania wciśniętego prawego triggera oraz pochylonego do przodu drążka analogowego. Gra jest zdecydowanie zbyt łatwa i nie stanowi dla gracza większego wyzwania. Mówię to jako nie „hardcorowy gracz”. Na pewno bliżej mi do tzw. „casuala”.

Kończąc, wspomnę o tym, że zacząłem już grać w kolejną odsłonę cyklu i po pierwszych dwóch godzinach stwierdzam – że jest ona o wiele lepiej dopracowana pod względem poziomu trudności a także samej mechaniki. Historia już na samym początku mnie zaciekawiła i nie mogę się doczekać kolejnego seansu przez telewizorem.